poniedziałek, 26 września 2011

Leoś nas odwiedził.

Dziecko przyjechało w piątek po południu.
No i zaczęło się.
Wyprawa z Tatą nad Kamionkę.
Efekt to ubłocone spodnie i woda w jednym kaloszu, ale Leoś był zachwycony.
W sobotę pojechaliśmy na pole i po drodze znaleźliśmy sowę.
 Leoś pracował w pocie czoła.
 ...podczas gdy inni odpoczywali.
 Wygrabiał rzęsę wodną ze stawu.

 Tutaj mógł odpocząć, siedząc na rowerze.
 W ogrodzie znowu pracował, zrywając jabłka.


Relaks przy komputerze.
 A wieczorem po mszy w kościele odbył się koncert.
 Ta pani podobała się Leosiowi najbardziej. Śpiewała tak, że kościół pękał.
 
W niedzielę od rana poszliśmy po grzyby.
 Takich nie zbieraliśmy.
Tylko takie.
 Oto zbiory.
 A oto zbieracze.
 Po południu poszliśmy  do folwarku, bo okazało się, że Tata tam jeszcze nie był.



Przy motorze.

Przy dzwonkach.
 W szkole.
 A z folwarku przyszedł za nami kotek. Jak widać na wsi o kotka nietrudno.










Próby zaprzyjaźnienia Sagi z kotkiem nie udały się.
Podczas, gdy my poszliśmy na obiad, kotek poszedł sobie w siną dal.
W poniedziałek rano Leoś pojechał do domu.
 Znowu będę na niego czekać nie wiadomo jak długo. Chyba długo. Bardzo długo.

2 komentarze:

  1. Szkoda że nie mamy zdjęć z turlania się w beczce... ;P \Anton

    OdpowiedzUsuń
  2. Te Tatuś internet już działa to odpisz na maila...
    I rzuć te śmierdzące ćmiki ;P

    OdpowiedzUsuń