No i zaczęło się.
Wyprawa z Tatą nad Kamionkę.
Efekt to ubłocone spodnie i woda w jednym kaloszu, ale Leoś był zachwycony.
W sobotę pojechaliśmy na pole i po drodze znaleźliśmy sowę.
Leoś pracował w pocie czoła.
...podczas gdy inni odpoczywali.
Wygrabiał rzęsę wodną ze stawu.
Tutaj mógł odpocząć, siedząc na rowerze.
W ogrodzie znowu pracował, zrywając jabłka.
Relaks przy komputerze.
A wieczorem po mszy w kościele odbył się koncert.
Ta pani podobała się Leosiowi najbardziej. Śpiewała tak, że kościół pękał.
W niedzielę od rana poszliśmy po grzyby.
Takich nie zbieraliśmy.
Tylko takie.
Oto zbiory.
A oto zbieracze.
Po południu poszliśmy do folwarku, bo okazało się, że Tata tam jeszcze nie był.
Przy dzwonkach.
W szkole.
A z folwarku przyszedł za nami kotek. Jak widać na wsi o kotka nietrudno.
Próby zaprzyjaźnienia Sagi z kotkiem nie udały się.
Podczas, gdy my poszliśmy na obiad, kotek poszedł sobie w siną dal.
W poniedziałek rano Leoś pojechał do domu.
Znowu będę na niego czekać nie wiadomo jak długo. Chyba długo. Bardzo długo.
Szkoda że nie mamy zdjęć z turlania się w beczce... ;P \Anton
OdpowiedzUsuńTe Tatuś internet już działa to odpisz na maila...
OdpowiedzUsuńI rzuć te śmierdzące ćmiki ;P