Poszłam rano z psem do lasu ciemnego.
Po drodze szukałam grzybów jadalnych. No i znalazłam same trujaki.
Jedną malinkę.
O!!! jeden jadalny.
Saga zwiała mi gdzieś, no i czekając oglądałam rośliny na łące.
Wrotycz, kocankę i krwawnik.
Wróciła ruda suka. Cała szczęśliwa.
W domu poszłyśmy do ogródka.
Ja patrzę a tu grzyby.
Pod wieczór poszłam znowu z Sagunią.
I znowu trujaki.
Ale w końcu są.... jadalne. I to w jakiej ilości.....
Nawet nie miałam w czym przynieść. To pomarańczowe to moja koszulka.
Saga była gdzieś i wróciła. Chyba była daleko , bo co parę kroków padała i ziajała.
A wieczorem, a wieczorem, a wieczorem.... wrócił Leoś.
Przywiózł 3 jajka niespodzianki, a w każdym jajku pierdółka.
A w domu po kąpieli założył spodnie od piżamki (z ogonkiem).
I poszedł spać. Ogonek jednak musiał być na wierzchu.
Kocham go bardzo. Jest moim słoneczkiem.
Do jutra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz