środa, 3 sierpnia 2011

Grzyby, grzyby , grzyby...

Poszłam rano z psem do lasu ciemnego.
 Po drodze szukałam grzybów jadalnych. No i znalazłam same trujaki.

 Jedną malinkę.
O!!! jeden jadalny.
Saga zwiała mi gdzieś,  no i czekając oglądałam rośliny na łące.
Wrotycz, kocankę i krwawnik.


Wróciła ruda suka. Cała szczęśliwa.
W domu poszłyśmy do ogródka.
Ja patrzę a tu grzyby.


Pod wieczór poszłam znowu z Sagunią.
I znowu  trujaki.

Ale  w końcu są.... jadalne. I to w jakiej ilości.....
Nawet nie miałam w czym przynieść. To pomarańczowe to moja koszulka.
Saga  była gdzieś i wróciła. Chyba była daleko , bo co parę kroków padała i ziajała.
A wieczorem, a wieczorem, a wieczorem.... wrócił Leoś.
Przywiózł 3 jajka niespodzianki, a w każdym jajku pierdółka.
A w domu po kąpieli założył spodnie od piżamki (z ogonkiem).
I poszedł spać. Ogonek jednak musiał być na wierzchu.
Kocham go bardzo.  Jest moim słoneczkiem.
Do jutra.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz